DODAĆ DO ARCHITEKTURY TĘ NIEWIDOCZNĄ WARSTWĘ

 <<<Bielajewo dziś, fot. Max Awdieje

O radzieckim modernizmie, nieoczywistej wartości architektury typowej, nierozróżnialnych moskiewskich osiedlach i pomysłach mieszkających na nich konceptualistów, o samozwańczym księciu blokowiska oraz paradoksach związanych z ochroną materialnego i niematerialnego dziedzictwa z Kubą Snopkiem, autorem książki Bielajewo: zabytek przyszłości, rozmawia Justyna Chmielewska.

 

Zacznijmy od tego, jak trafiłeś do Bielajewa.

Może zacznę od początku: od tego, jak się znalazłem w Moskwie. Otóż pracowałem w Kopenhadze i ktoś powiedział, że Rem Koolhaas otwiera szkołę w Moskwie. To był 2010 rok – na biennale architektury była jego fenomenalna wystawa Cronocaos. Koolhaas był dla nas drogowskazem, wszyscy architekci się od niego uczyli. Więc kiedy usłyszałem, że otwiera szkołę – a zawsze chciałem jechać do Moskwy, ciągnęło mnie na wschód – pojechałem. Okazało się, że Rem chce tam kontynuować badania, które zaczął, pracując nad wystawą, i zaproponował kilka tematów, które byłyby interesujące, m.in. wątek ochrony współczesnych zabytków. Mnie najbardziej zainteresowały kwestie ochrony tego, co po angielsku nazywa się intangible heritage – chciałem zbadać, czy jest możliwe, żeby kulturowa wartość była na tyle silna, aby można było ze względu na nią chronić architekturę.

W swojej książce zajmujesz się tym rozróżnieniem: na dziedzictwo materialne i niematerialne – i spajasz te dwa elementy.

To rozróżnienie jest bardzo ważne. Pierwsza hipoteza była taka: architektura staje się coraz bardziej jednorodna, coraz mniej unikalna, m.in. ze względu na to, co się zdarzyło w XX wieku: prefabrykację i industrializację. Możemy tak założyć, i dotyczy to nie tylko modernizmu, lecz także tego, co było później. Przypomnijmy sobie tekst Junkspace Koolhaasa – twierdzi w nim, że wszystko jest takie samo, że wszystko jest „żadną” przestrzenią. Popatrzmy na galerie handlowe czy inne współczesne obiekty –są powtarzalne.

Ale wrócę do Bielajewa: potrzebne mi było miejsce, które z jednej strony ma własną, rozwiniętą kulturę połączoną z architekturą, a z drugiej – gdzie architektura jest zunifikowana i nudna. Chodziło o to, żeby nikomu nie przyszło do głowy, że chcę chronić to miejsce ze względu na samą architekturę. Byłem na wielu moskiewskich osiedlach i Bielajewo okazało się najbardziej architektonicznie jednorodnym spośród nich.

Jestem skądinąd miłośnikiem późnego modernizmu, to moim zdaniem najpiękniejszy styl architektoniczny. Lata 60. to czas, kiedy architekci mieli odwagę, myśleli romantycznie: nie zwracali uwagi na przeszkody, tylko próbowali tworzyć nowy, lepszy świat. W późnym modernizmie podoba mi się także to, że jest to w pewnym sensie styl wyklęty, wszyscy go nienawidzą.

Ale jest też coraz bardziej modny.

Tak, ale zauważ, że w Polsce ta moda dotyczy obiektów unikalnych. Są ludzie, którzy mówią: „Kurczę, ale ten Dworzec Centralny jest fajny!” – natomiast osób, które walczą o dobre imię Osiedla Tysiąclecia w Katowicach albo Ursynowa w Warszawie, jest niewiele. Te miejsca mają zalety, ale nie jest to oczywiste.

Osiedla, o których mówisz, pozostają nadal dość spójnymi, charakterystycznymi całostkami w tkance miejskiej. Natomiast miejsce, którym się zajmujesz w książce, ma zupełnie innych charakter – piszesz o przestrzeni, która jest powtarzalna i wygląda niemal identycznie w setkach miast w całym dawnym Związku Radzieckim.

W ZSRR eksperyment modernistyczny był znacznie bardziej radykalny niż w jakimkolwiek innym miejscu na ziemi. Mówimy, że w Polsce wszystko zostało zabudowane blokami z wielkiej płyty – ale w Związku Radzieckim było to dużo bardziej intensywne, dłużej trwało i właściwie nie było alternatywy. Tam skala jest zupełnie inna.

Interesuje mnie trójka głównych bohaterów w twojej książce: Nikita Chruszczow, Jakow Biełopolski i Dmitri Prigow. Wszyscy trzej odegrali dużą rolę w Bielajewie, do którego jakoś cały czas nie możemy dojść… Więc Chruszczow, który uosabia totalność władzy państwowej; Biełopolski, czyli wybitny architekt z klarowną wizją, ale dość wąskim polem manewru; i w końcu Prigow, poeta, który nadchodzi później i działa subwersywnie w tej przestrzeni – podważa zastany porządek, tworzy nowy język i mitologię. Jak widzisz relację między tymi postaciami?

Chruszczow jest inicjatorem całego procesu – kiedy doszedł do władzy, zrozumiał, że istnieje olbrzymi problem z mieszkaniami, więc w typowy dla siebie sposób, czyli nie myśląc za dużo, uruchomił wielki program mieszkaniowy, oparty na pomysłach z lat 20. i 30. – prefabrykacji i automatyzacji produkcji. To zostało jeszcze zabarwione rosyjskim kolorytem – totalna skala itd. – i tak powstało pierwsze eksperymentalne osiedle.

Dodajmy, że to eksperymentalne osiedle leży niedaleko Bielajewa, czyli miejsca, którym się zajmujesz. Czyli jesteśmy w kolebce nurtu, który, jak piszesz, zmienił oblicze tamtej części świata.

Spójrzmy na strukturę Moskwy – to miasto ma układ radialno-koncentryczny, tzn. są obwodnice i przecinające je główne prospekty prowadzące z centrum na przedmieścia. Całość, jak pizza, jest podzielona na dziewięć okręgów. Jeden z nich nazywa się Jugo-Zapadnyj Okrug i powstał w ramach takiego eksperymentalnego projektu. Wszystko zaczęło się od małego osiedla Czeriomuszki, które dziś leży w śródmieściu, choć gdy było budowane 50 lat temu, znajdowało się daleko od centrum. To osiedle jest, moim zdaniem, jednym z najważniejszych obiektów architektonicznych na świecie – różne technologie, które można stosować w budownictwie, zostały tam ocenione pod względem kosztów oraz prostoty budowy, i najbardziej optymalna wersja została później wprowadzona do masowej produkcji; to jest wielka płyta. Zresztą nie chodzi tylko o technologię – szukano najbardziej optymalnego planu, układu pokoi. To zostało przetestowane, a potem wprowadzone na globalną skalę.

Jak Czeriomuszki działają dziś?

To miejsce bardzo lubiane przez moskwian. Droga, dobra dzielnica, jak warszawski Żoliborz – bardzo zielone, niezbyt gęsto zabudowane osiedle blisko centrum. Dziś dostało już trochę patyny, choć całe jest złożone tylko z prefabrykowanych domów. A Bielajewo, którym ja się zajmuję, powstało parę lat później kilka kilometrów dalej.

Wracając do postaci: wydaje mi się, że Chruszczowa można już z tego trójkąta usunąć, on jest tylko inicjatorem procesu. Natomiast bardzo interesująca jest relacja między Biełopolskim i Prigowem – to jest relacja pokoleniowa. Bielopolski był autorytarnym modernistą, jak Niemeyer albo Le Corbusier, miał wielką wizję i realizował ją, nie patrząc na nic. Projektował olbrzymie budynki, niezwykle odważne pod względem skali założenia.

Z drugiej strony jest Prigow: artysta, konceptualista, rówieśnik postmodernistów, czyli architektów z kolejnego już pokolenia. Krytykowali oni architektów modernistycznych za brak ludzkiej skali, za samochody, autostrady – wszystkie te argumenty są dziś oczywiste. Ale Prigow patrzył na sprawę trochę inaczej – nie krytykował wszystkiego w czambuł, tylko interpretował: tak się zdarzyło, że mieszkam na tym, a nie innym osiedlu, jest to osiedle, które ma szczególną architekturę… Dziś dobrze znamy modernizm i blokowiska, jesteśmy przyzwyczajeni do tego widoku, ale wtedy, w latach 60., to były rzeczy zupełnie nowe – olbrzymia połać Moskwy miała zupełnie inną architekturę niż klasyczne miasto z ulicami, placami itd.

Prigow analizuje to, co go otacza, i próbuje coś do tego dodać. Uważa, że tę architekturę trzeba w jakiś sposób udomowić, wzbogacić o coś swojego, ciepłego. Dodaje więc różne elementy, tworzy mitologie, opowiada historie, archiwizuje bieżące wydarzenia i pamięć o osiedlu. Lubi łączyć prawdę z fikcją – niby opisuje rzeczywistość, a tu nagle pojawiają się fantastyczne stwory, figury i osoby. Stworzył tak wiele wierszy, opowiadań i grafik, że w końcu zdołał związać Bielajewo z tymi swoimi mitologiami, dodać do architektury tę niewidoczną warstwę. Robił coś, co mi się bardzo podoba: analizował to, co widział, czyli krajobraz modernistyczny, dekonstruował go i tworzył z niego nowe rzeczy.

Piszesz o seryjności, powtarzalności elementów. O pustce, która staje się źródłem działania artystycznego.

Powtarzalność jest immanentną cechą konceptualnej sztuki.

Tak samo jak socmodernistycznej architektury.

Tak. Ale przyjrzyjmy się, jaki tu zachodzi związek. Oczywiście nie jest tak, że radzieccy artyści widzieli powtarzające się domy, więc tworzyli powtarzające się grafiki. Konceptualiści moskiewscy znali popularną już wtedy w zachodniej sztuce ideę powtarzalności – i znaleźli tę powtarzalność w architekturze; ich językiem stał się właśnie zinterpretowany na nowo modernistyczny krajobraz, który ich otaczał. Powtarzalność dotyczyła zresztą także pewnych rytuałów, produktów, które się pojawiały na stole itd. Była po prostu częścią radzieckiego życia – tak jak ta architektura.

Najciekawsze jest to, że Prigow zdekonstruował to Bielajewo, w którym żył, i skonstruował z niego zupełnie nowy świat. Nazywał osiedle swoim księstwem, sam siebie mianował Księciem Bielajewskim. Mówił, że gdy patrząc przez okno, widzi te wielkie połacie terenu, to jest tak, jakby cała ta przestrzeń była jego. Może więc jak książę chodzić po swoich włościach, których granice wyznacza godzinny spacer.

W ten sposób wykpił miastotwórczy algorytm używany w trakcie projektowania osiedli, które były szkicowane właśnie w ten sposób.

Dokładnie tak – osiedla też były projektowane tak, żeby nie trzeba było daleko chodzić, by dotrzeć do niezbędnych usług czy punktów komunikacyjnych, a Prigow doprowadził to do absurdu. Działania modernistów były skrajnie utylitarne: człowiek musi chodzić do szkoły, później do pracy, więc zorganizujmy to tak, żeby zajmowało jak najmniej czasu. A on, zamiast chodzić do punktów usługowych i węzłów transportu, po prostu robił sobie spacer, co nie ma żadnego sensu utylitarnego, jest jedynie źródłem przyjemności. Wykorzystał modernistyczny język do tego, żeby spacerować – i wyznaczyć granice swojego księstwa.

Czy Książę Bielajewa jest w Moskwie znany? Czy mitologia, którą obrosło Bielajewo, jest obecna w szerszym dyskursie?

To kwestia skali. Prigow nie jest znany na Zachodzie, ale wkrótce będzie – 2 lata temu, gdy pisałem książkę, petersburski Ermitaż kupił całą kolekcję jego dzieł, odbyły się już dwie wystawy, w tym jedna w Wenecji. Podejrzewam, że za 5–10 lat Prigow będzie takim samym ambasadorem sztuki rosyjskiej jak Kabakow czy duet Komar–Melamid. W Moskwie jest znany bardzo dobrze – to była ekstrawagancka osobistość.

Niespodziewanie dla mnie książka o Bielajewie miała na miejscu bardzo duży rezonans. Moskiewskie osiedla są bardzo anonimowe, podobne do siebie, nie mają swoich bohaterów. Gdy nagle ktoś – ja – połączył tę architekturę z lokalnym bohaterem, ta historia stała się bardzo popularna. Jesienią ubiegłego roku robiliśmy co tydzień jakiś event w Bielajewie, i w tej chwili Prigow jest już kojarzony jako Książę Bielajewski. Ja napisałem książkę, a lokalna galeria sztuki zajęła się tym, żeby pielęgnować myśl, która jest tam zawarta. Rzuciłem kamień, a z tego zrobiła się lawina.

Swego czasu próbowałeś też wpisać Bielajewo na listę zabytków…

Zacznijmy od tego, że moja książka nie traktuje ani o modernizmie, ani o konceptualizmie, ani o Prigowie – to książka o ochronie zabytków. To jedna z moich ulubionych dziedzin – coś, co jest niezwykle nudne, ale przez to, że jest nudne, staje się interesujące. Główne zasady wpisywania na listę zabytków zostały opracowane około 150 lat temu i od tego czasu nie było większych zmian w tej kwestii: jeśli coś jest stare, unikalne i autentyczne, trzeba to zachować. Tymczasem okazuje się, że ten paradygmat niebawem się zawali. 50 lat temu ruszyła bowiem prefabrykacja – zaczęła powstawać architektura, która nie jest unikatowa, jest cała taka sama: serie domów, które stawiano setkami.

Czyli teraz, po 50 latach, wkraczamy w erę bezzabytkową?

Można sobie tak powiedzieć: „Przestańmy chronić zabytki”.

A ty na to mówisz: „Nie. Przeformułujmy raczej kategorię zabytku”.

Ja nie mówię nie, ale są ludzie, którzy mówią. 50 lat to dwa pokolenia, które żyły w jakimś miejscu i mają tysiące związanych z tym miejscem wspomnień – powstała jakaś społeczność, własna historia. Tak było z Czeriomuszkami – to absurdalna sytuacja, bardzo mi się podoba. Otóż w rosyjskim prawie jest podobny zapis jak w polskim, że nie można chronić obiektu młodszego niż 50 lat. Gdy tylko Czeriomuszki przeszły przez tę cezurę, lokalni historycy, rozumiejąc ważność tego osiedla, które wyznaczyło trend w całej radzieckiej architekturze na dziesięciolecia, natychmiast zgłosili się, żeby je chronić, mówiąc: to jest unikatowy obiekt, bo na tym pomyśle opiera się wszystko, co nas otacza – cała architektura sowiecka wynika z tego, co tu zostało zrobione. A komisja, która zajmuje się ochroną zabytków, odpowiedziała: nie, nie będziemy tego chronić, bo te budynki są prefabrykowane, czyli nie są unikatowe.

Masz swoją propozycję: pokazujesz, jak przeprowadzić Bielajewo przez tę intelektualną ścieżkę, jak doprowadzić je do na nowo sformułowanej kategorii zabytku – takiej, która łączyłaby warstwę materialną i niematerialną.

To jest jedna z odpowiedzi na pytanie o to, co można zrobić – bo kulturowe, niematerialne dziedzictwo zdecydowanie jest dziedzictwem i wiele organizacji rozpoznaje je jako takie. Czasem to przyjmuje zabawne formy – np. gdy UNESCO chroni jakiś taniec, a potem uczy ludzi w afrykańskiej wiosce, żeby go tańczyli i o nim nie zapominali. Natomiast z tego, co wiem, nie było jeszcze propozycji, żeby wykorzystywać to kulturowe dziedzictwo do ochrony architektury. Wyobraźmy sobie obiekt, który sam w sobie nie jest ważny – ale za sprawą związku architektury i tego, co się tam działo, ma swoją wagę dla społeczeństwa. Oczywiście Bielajewo to jest metafora – jest po prostu najlepszą ilustracją tego zjawiska, jaką znalazłem. Ale możemy wziąć też inny przykład: w Polsce, na Śląsku, była rozwinięta subkultura hip-hopowa, związana z konkretnym blokowiskiem – i między kulturą hip-hopu i architekturą tego blokowiska powstał silny związek. W przypadku Bielajewa cały układ urbanistyczny działa perfekcyjnie, ten projekt jest bardzo dobry. Ale podejrzewam też, że gdyby nie było tego elementu niematerialnego, gdyby ktoś nie zwrócił uwagi na związek między kulturą a architekturą, nie byłoby szansy zachowania tego układu architektonicznego. A ja będę o to właśnie się bić.

Ale zamykasz książkę stwierdzeniem, że mieszkańcy Bielajewa nie chcą, żeby ono było zabytkiem – nie chcą być eksponatami w muzeum, a na to skazałoby ich uznanie osiedla za zabytek na obowiązujących dziś zasadach.

Podejrzewam, że gdyby udało mi się doprowadzić do wpisania Bielajewa na listę UNESCO, to byłby duży problem. Jeśli próbowano by wykorzystać w tym kontekście dotychczas stosowane metody, skończyłoby się to katastrofą, bo polegają one na tym, że trzeba „oczyścić teren”, postawić bramki, zrobić strefę ochronną, doprowadzić obiekt do oryginalnego stanu.

To właśnie koolhaasowskie „zabijanie” obiektu przez czynienie go zabytkiem…

Obserwowałem, co działo się z Halą Stulecia we Wrocławiu, gdy została wpisana na listę zabytków. Zanim to się stało, była trochę zapuszczona, ale pełna życia. Można było do niej wejść, w środku zawsze było mnóstwo studentów architektury i ASP, którzy siedzieli i rysowali te przepiękne wnętrza. Ktoś się kąpał w fontannie, ktoś gdzieś sobie leżał… Potem hala została wpisana na listę UNESCO i zrobiono remont na wysoki połysk – co pewnie jest dobre – ale równocześnie wszystko zostało zamknięte, pojawiły się bilety, takie małe muzeum…

…czego w Bielajewie zrobić nie sposób, skoro mieszka tam 150 tysięcy ludzi.

Tu trzeba wymyślić inny scenariusz. To mi się bardzo spodobało i dlatego zakończyłem w ten sposób swoją książkę – ludzie, gdy usłyszeli o planie wpisania Bielajewa na listę zabytków, od razu intuicyjnie przywiązali to w głowach nie do prestiżu i napływu turystów, tylko do problemów: będzie zabytek, to znaczy, że nie pozwolą nam okien wymienić! Czyli zabytek to taka wydmuszka przystosowana do tego, żeby turyści tam przyjeżdżali, zostawiali pieniądze i wyjeżdżali.

A jak Bielajewo się zestarzało? Co się tam stało w okresie transformacji i później?

System polityczny, ekonomiczny i społeczny, który stworzył Bielajewo, rozpadł się i został zastąpiony przez system odwrotny – socjalizm został zastąpiony przez agresywny kapitalizm, kolektywizm został zastąpiony przez indywidualizm w bardzo zwulgaryzowanej formie, system polityczny też się zmienił. Indywidualizacja oznacza, że mieszkania stały się własnością, czyli pojawił się kłopot z tym, jak mają być zarządzane. Powstały wspólnoty, wszystko się rozdrobniło, to duży problem. Dalej kapitalizm, za sprawą którego zielone przestrzenie, jeśli tylko znajdowały się blisko węzłów transportu publicznego, natychmiast były zabudowywane; pojawiły się centra handlowe, kioski, cały ten chaos przestrzenny, jaki znamy też z Polski. Natomiast mimo rewolucji w polityce, ekonomii i społeczeństwie, mimo upadku ZSRR, 70–80% przestrzeni Bielajewa przetrwało. Poza płotami, które się pojawiły, to miejsce pozostało właściwie niezmienione. Latem jest tam wielka laba – wszyscy leżą wokół jeziorka, opalają się, zupełnie jak w kurorcie.

A co z modernizacją tych osiedli? Piszesz, że te budynki były przewidziane na 50 lat, więc właśnie upływa ich „termin ważności”.

W Polsce razem z PRL-em fabryki domów upadły, tymczasem w Rosji zostały sprywatyzowane i do dziś świetnie funkcjonują. Stare domy są zastępowane przez nowe – rzeczywiście: minęło 50 lat, więc dom trzeba rozebrać, i w tym samym miejscu pojawia się nowy z prefabrykatów. Fabryka nie jest już państwowa, tylko należy do dewelopera, więc nowy dom jest zwykle wyższy, szerszy, grubszy – niestety to zastępowanie niszczy architekturę osiedli. Budowy opierają się na zasadach komercyjnych, czyli trzeba wyżyłować plan, żeby było jak najwięcej metrów kwadratowych, żeby jak najwięcej sprzedać. Współczesne bloki mają nie 4–5 pięter, jak chruszczowowskie, tylko 25–30 – to jest zupełnie inne środowisko życia, chociaż składa się z bardzo podobnych elementów produkowanych w tych samych fabrykach. W książce próbuję dokładnie opisać, w czym widzę wartość Bielajewa i innych osiedli z lat 60. – ta wartość leży w bardzo przemyślanym i bardzo ludzkim planie urbanistycznym. W tej chwili już takiego nie ma.

Ewidentnie jesteś piewcą architektury tego typu i tego okresu.

Często słyszę narzekania na modernistyczną architekturę – i w Polsce, i w Rosji. Zazwyczaj pierwszy argument, jaki się pojawia, brzmi: „Beznadziejne osiedle, nawet nie ma się gdzie kawy napić!”. Kawiarnia jest teraz punktem docelowym, ważnym elementem życia. To dla mnie metafora tego, co się stało: społeczeństwo się zmieniło i w tym nowym modelu kawiarnia czy inne tego typu miejsce wspólne rzeczywiście stało się bardzo ważne – a te osiedla tego nie oferują.

To były projekty realizowane z niesamowitym rozmachem – zbudowano olbrzymie ilości mieszkań, do miast wprowadzono niebywałe ilości ludzi. W porównaniu z niedostatkami tych osiedli gigantyczna ilość potrzeb, które udało się zaspokoić, jest imponująca. Weźmy tymczasem architekturę współczesną, która rozwiązuje problemy w rodzaju: czy na deptaku powinny być takie czy inne płytki, żeby się wygodniej schodziło z krawężnika – tym zajmuje się np. Jan Gehl… Więc jeśli porównamy to z architekturą modernizmu, która poradziła sobie z prawdziwymi kłopotami, np. jak przenieść 2 mln ludzi, którzy chcą pracować w fabrykach, ze wsi do miast, i jak zbudować te miasta w taki sposób, żeby były zdrowe i doświetlone, to okaże się, że te problemy zostały rozwiązane świetnie. Oczywiście było mnóstwo niedoróbek, mieszkania były niewielkie – nowi lokatorzy byli po prostu zachwyceni!

Nie spotykasz się z krytyką za nostalgię tkwiącą w tej apoteozie modernizmu, w pochwale czasów, które z innych względów nie były najciekawsze? W pewnym sensie bronisz tej totalności, tkwiącej zresztą u korzeni modernizmu.

Architekci w latach 60. mieli wizję i myśleli romantycznie, bo takie były czasy – to oczywiście miało swoje plusy i minusy. Jestem daleki od tego, żeby chwalić ZSRR. Jednak w przeciwieństwie do Polski, w Rosji nie mówi się o architekturze komunistycznej – ludzie nie łączą polityki i architektury. Z pewnością Rosjanie nie będą odbierać mojej książki jako pochwały Związku Radzieckiego, a jestem przekonany, że czytelnicy w Polsce właśnie tak pomyślą – bo tu działa określenie „architektura komunistyczna”, obejmujące wszystko, co powstało w PRL-u, nieważne, czy to Stalin, Gomułka czy Gierek. Połączenie polityki z architekturą jest tutaj bardzo mocne.

A czy widzisz miejsca w Polsce, które mogłyby być odpowiednikami Bielajewa?

W szerokim kontekście wkrótce będzie bardzo ważne, by znaleźć nowe narzędzia ochrony architektury typowej. Mamy dużą dyskusję o późnym modernizmie, ale cała ta debata toczy się w cieniu gigantycznego wandalizmu – wyburzeń, prywatyzacji itd. Nikt nie poruszał jeszcze tego aspektu: co robić z architekturą typową? A są w Polsce doskonałe przykłady – Ursynów to miejsce, które zostało zaprojektowane wzorowo, tak samo osiedle Tysiąclecia. Jestem przekonany, że prędzej czy później pojawi się pytanie, czy coś z tego należy chronić – i znajdą się ludzie, którzy będą chcieli to robić, ale nie będzie jak.

Moja książka jest oparta właśnie na tym paradoksie: z jednej strony architektura, która nie jest wyjątkowa, właśnie kończy 50 lat – i nie można jej chronić, bo nie ma narzędzi ani filozofii, która by na to pozwalała. A z drugiej strony przeszły już dwa pokolenia, które tam mieszkały. I w końcu trzeba będzie coś z tym zrobić.

 

Jakub Snopek - polski urbanista i badacz architektury. Ukończył wrocławski Wydział Architektury i moskiewski Instytut "Strelka", gdzie teraz pracuje. Zajmuje się projektami badawczymi w obszarach planowania miast, mieszkalnictwa i architektury XX wieku. Swoją karierę badawczą rozpoczął w biurze Bjarke Ingels Group, w Moskwie pracował z Remem Koolhaasem, zajmując się zagadnieniami ochrony zabytków. Dziś Kuba Snopek pisze o architekturze, pracuje jako kurator wystaw i wykładowca

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.