Bęc Zmiana

LEPIEJ POWIEDZIEĆ DZIEŃ DOBRY

 <<< Aleja Sportów Miejskich na Bemowie w Warszawie, fot. Bogna Świątkowska

Uprawianie sportu w każdym wieku jest czynnością tak fundamentalnie zmieniającą stan umysłu, że wszyscy powinni to robić w jakiejkolwiek formie. A naszym zadaniem jako projektantów jest sprawić, by przestrzenie publiczne były wielofunkcyjne i dopuszczały uprawianie sportu w różnej postaci – opowiada Bognie Świątkowskiej Grzegorz Gądek, projektant wielofunkcyjnych przestrzeni rekreacyjnych, a także zdobywca nagrody Young Creative Entrepreneur.

Jak to się stało, że wszyscy uważają, że jesteś architektem?
Nie jestem architektem, zajmuję się projektami dotyczącymi przestrzeni publicznej, więc chyba dostałem ten dyplom trochę z automatu. Jestem też projektantem user experience i odnajduję się w dyskusjach projektowych. Myślę, że te dwie rzeczy mają decydujący wpływ. Wielokrotnie zastrzegałem, że nie jestem architektem, ale niestety bez skutku. Naturalnie, architekci nie muszą być jedynymi osobami decydującymi o przestrzeni i to, że nie jestem architektem, ale jestem projektantem, to plus, bo dzięki temu wprowadzamy do projektowania różne perspektywy.

Za który projekt, który wyglądał jak architektoniczny, a tak naprawdę był zupełnie inny, otrzymałeś niedawno nagrodę Young Creative Entrepreneur?
Za Skwer Sportów Miejskich, czyli pomysł na budowanie wielofunkcyjnych, przyjaznych wszystkim użytkownikom przestrzeni, które integrują różne grupy wiekowe i rodzaje aktywności.
Dla jury kluczowe było nasze całościowe podejście: realizujemy projekt, zaczynając od badania potrzeb lokalnej społeczności, identyfikujemy cele inwestora i analizujemy kontekst urbanistyczny, później projektujemy, włączając wielu zewnętrznych konsultantów merytorycznych, a na końcu zapewniamy oznakowanie, system informatyczny do obsługi i ewaluację socjologów, która pozwala jasno ustalić, co działa dobrze, a co można poprawić.

Istotny jest fakt, że ten projekt od razu zyskał bardzo dużą widoczność, był prezentowany w mediach, stał się częścią Warszawy w budowie. Następnie miał swoje dwa warianty implementacji: półtora roku temu w MSN i potem na Stadionie Narodowym. Jak doszło do jego powstania?
Pomysł przyszedł mi do głowy w 2010 roku, bo zauważyłem potencjalne miejsce jego realizacji – na rogu Marszałkowskiej i Królewskiej w Warszawie wyburzano pawilony i nie było planów, co z tą przestrzenią zrobić dalej. Stwierdziłem, że to idealne miejsce na taką wielofunkcyjną, dobrze zlokalizowaną przestrzeń, która będzie też uwzględniała sport i manifestowała zmianę podejścia do takich przestrzeni. Zamiast tworzyć anonimowe, jednorodne miejsca na obrzeżach, zbudujmy w centrum wysokiej jakości przestrzeń dla rekreacji. Na początku myślałem o deskorolce, bo takiej przestrzeni dla skejtów w centrum Warszawy brakuje, odkąd zlikwidowano legendarny Capitol. Wychodząc od potrzeby stworzenia miejsca, gdzie na deskorolce można jeździć legalnie, doszliśmy przez kilka następnych lat do znacznie bardziej złożonych kwestii jak integracja międzypokoleniowa, polityka zdrowotna czy zwiększanie atrakcyjności inwestycyjnej Warszawy poprzez inwestycje w przestrzeń publiczną. Od początku pomysł spotkał się z bardzo dobrym przyjęciem architektów i innych środowisk. Jestem też bardzo wdzięczny zespołowi MSN za szybkie dostrzeżenie potencjału i wielokrotne wsparcie naszych działań.

 Czy twoja inicjatywa była w opozycji do powszechnego szaleństwa związanego z przygotowaniami do EURO 2012? Czy to była taka oddolna inicjatywa stworzenia pewnej przestrzeni sportu, który nie jest sportem widowiskowym, tylko aktywnością będącą częścią życia?
Ja postrzegałem nasz projekt jako uzupełnienie Euro, a w tym szaleństwie widziałem wielką szansę na skok cywilizacyjny. Jestem też przekonany, że wysokiej jakości przestrzeń rekreacyjna może doskonale promować miasto jako cel podróży i chciałem, żeby taka przestrzeń powstała przed Euro jako zapowiedź zmian w Warszawie. Dobrze zagospodarowana przestrzeń, ale też dobry, nieoczywisty dizajn, to inwestycja o zwrocie nieproporcjonalnym do nakładów. Chcieliśmy zweryfikować nasze założenia i zanim udaliśmy się do urzędu miasta z propozycją budowy pierwszego Skweru, odbyliśmy wyprawę po korporacjach. Jedna z nich zaproponowała, że sfinansuje całość budowy w zamian za reklamę osadzoną na stałe, a kiedy odmówiliśmy, zagwarantowała, że jeśli ta przestrzeń powstanie, stworzy kilkunastominutowy film o Warszawie, który będzie promowany na całym świecie, co jest warte sporo pieniędzy. Takie projekty często są organizowane obok dużych imprez sportowych. W przypadku mistrzostw świata w RPA był podobny projekt związany ze sportami miejskimi robiony przez firmę Adidas. Ostatecznie miasto nie odpowiedziało na całkiem nieźle przygotowaną propozycję, chociaż razem z nią złożyliśmy sześć listów intencyjnych od poważnych organizacji. Innowacja, od momentu kiedy się pojawi, nie zawsze musi być natychmiast załapana, ale równolegle pojawiały się inne działania.

A co dały ci te mikrowdrożenia?
Realizacja na Stadionie Narodowym to świetna nauka tworzenia długoterminowej strategii realizowanej krok po kroku. Doświadczenie w Muzeum Sztuki Nowoczesnej, czyli Skwer w Pawilonie, było genialne, bo tam zbudowaliśmy pełnowymiarowy prototyp Skweru – zrobiliśmy tak, żeby goście poczuli się jak w miejskim parku i pomimo tego, że była zima i byliśmy pod dachem, to naprawdę tak to działało. Zobaczyliśmy też, jak bardzo potrzebne są w naszym klimacie zadaszone przestrzenie publiczne, gdzie można poprzebywać za darmo. Nawet nie żeby tam coś szczególnego robić, ale by pójść, posiedzieć i nie płacić za to.

Słyszałam legendę o licealistach i gimnazjalistach, którzy spędzali tam całe dnie, spotykali się na randki…
Miało miejsce odrabianie lekcji, randki, ale nie tylko licealiści tam przychodzili. Natychmiast uformowało się sąsiedzkie grono. Stali goście, w każdym wieku. Dla nas wielką szansą była możliwość budowy prototypu. Kiedy buduje się samolot, to zaczyna się od makiety w hangarze i ludzie na niby lecą w niej samolotem. Nam w testach również wyszło bardzo dużo ciekawych rzeczy , a wnioski z tamtego doświadczenia służą nam do dziś. Na przykład oznakowanie, które tam zastosowaliśmy, zamiast informacji o zakazie wszystkiego, mówiło odwiedzającym „dzień dobry, czujcie się swobodnie i uważajcie na okna, bo łatwo je w Emilii wybić”. I ludzie stworzyli sobie własne regulaminy, zaszedł proces zinternalizowania zasad, stworzenia wspólnoty. Było jasne, że jest gospodarz, który wie, co robi, i czuwa, ale ludzie mają sami się sensownie zachowywać. Myślę, że takie podejście to będzie jedna z fundamentalnych zmian, która zajdzie w przestrzeni miejskiej w ogóle. To widać było na Polu Mokotowskim, kiedy ktoś w ramach żartu zastąpił tablicę z zakazami napisem „Witamy. Zapraszamy do aktywnego korzystania z atrakcji Pola Mokotowskiego”. Stało się to hitem w internecie, a nie miało żadnego negatywnego wpływu na zachowanie odwiedzających park. Ludzie ignorując tablice z zakazami, ignorują operatora przestrzeni i w efekcie mniej o nią dbają. Rozumiem, że trzeba umieścić informacje wymagane prawem, ale naprawdę lepiej jest powiedzieć „dzień dobry”. U podstawy systemu informacji musi stać założenie, że ludzie mają rozum i nie są idiotami. To niestety nie jest powszechne podejście w Polsce i zamiast budować pozytywne emocje, tworzymy wrażenie,
że potrzebujemy instrukcji obsługi parku i kilkunastu zakazów.

Co cię interesuje w przestrzeni publicznej, co uważasz za istotne? Nie wynajdujesz przecież koła, raczej bierzesz elementy, które już funkcjonują w tej przestrzeni, łączysz je ze sobą i powstaje ta zupełnie nowa jakość. Twoja aktywność na wielu polach jest absolutnie unikatowa. Dlatego chciałam się dowiedzieć, w jaki sposób myślisz, czy bardziej interesuje cię psychologia, a może, nie wiem, kolarstwo?
W dyskusjach o przestrzeni publicznej dopiero pojawia się wątek integrowania przestrzeni sportowych z tkanką miejską. Skejci traktowani przez lata jak wandale są zapraszani do projektowania przestrzeni publicznych (np. Opera w Oslo), w końcu mówi się, że przestrzenie wspólne mogą dopuszczać ruch, że ważna jest integracja różnych funkcji, np. kultury i sportu, bo to zbliża do ruchu nowych użytkowników. O warstwie cyfrowej przestrzeni publicznych, którą rozwijamy w naszych projektach, nie mówi się za dużo, więc w efekcie mnie w tej działalności pociąga jej innowacyjność i uczucie współtworzenia wielkiej zmiany, jaką jest przesunięcie konstrukcji miast na skalę ludzką ze skali samochodowej. W samych projektach nie jest tak, że ja przychodzę z gotowym pomysłem. Od wielu lat zajmowałem się zarządzaniem projektami, więc rozumiem znaczenie rzemiosła i to, że są ludzie, którym powinienem stworzyć warunki do pracy. Jeżeli mamy projekt, który dotyczy przestrzeni, to pytanie brzmi, kto się na tym zna, czy jesteśmy w stanie połączyć w trakcie projektowania wszystkie możliwe kompetencje, wszystkich najbardziej zdolnych ludzi, żeby współpracowali nad takim projektem. Im więcej perspektyw i różnych doświadczeń, tym większa szansa, że powstanie coś sensownego. Na początku projektu szukaliśmy formuły, którą zaproponowała Monika Wróbel: pracujmy jako kolektyw. Dla mnie osobiście najtrudniejsze jest utrzymanie równowagi pomiędzy wspólnotą a indywidualnym działaniem, żeby koniec końców nie był to mój autorski projekt. Uważam, że siłą tego projektu jest łączenie wielu perspektyw. Kolektywne tworzenie jednego pomysłu pozwala wyłonić wiele alternatyw i wyciągnąć z każdej najlepszą część. W Polsce istnieje nawet tradycja, jeśli chodzi o taki sposób pracy, w postaci spółdzielni projektowych, a jak się popatrzy na te największe firmy tworzące innowacje, to one też bardzo często tak pracują. Dla mnie podstawą jest zrozumienie i szacunek do rzemiosła oraz łączenie grup specjalistów, którzy nie pracują ze sobą na co dzień.

Podoba mi się, że sprawdzone w polu rzemiosła metody stosujesz nie w biznesie, ale dla ogólnodostępnych przestrzeni.
Pytanie, czy to nie jest biznes. Na świecie powstaje coraz więcej agencji zajmujących się komercyjnie „placemakingiem”. Miasta konkurują ze sobą pod tym względem i konkurencja na tym polu będzie tylko rosnąć, bo inwestycje i najlepszych pracodawców na rynkach rozwiniętych przyciągają miasta tworzące dobre warunki do życia.

Twój pomysł sytuowania wielofunkcyjnych przestrzeni w kluczowych dla miasta miejscach tak, aby zachodził jak największy przepływ informacji, generowanie się energii, jest genialnie prosty! Metoda zbadania, które przestrzenie są naturalną okazją do spotkań i zaprojektowanie ich, wydaje mi się bardzo przekonująca. A dodajmy, że ten wasz szalony projekt skweru powstawał kompletnie bez wsparcia, bez zamawiającego…
To jest tak, że nigdy nie szukaliśmy zleceń i to jest też jakieś szczęście, natomiast projekt jest szalony o tyle, że spotykają nas różne, czasem poważne perturbacje w procesie, takie jak zmiany działek przez roszczenia i bardzo trudne rozmowy na etapie realizacji. Pytanie więc brzmi, na ile jako państwo gotowi jesteśmy na to, że istnieje możliwość tworzenia projektów wysokiej jakości, że są specjaliści, którym można zaufać i nie robić wszystkiego po linii najmniejszego oporu. Mówię tu o realiach pracy z urzędami i wykonawcami, którzy wyłaniani są w systemie przetargowym, gdzie często czynnikiem rozstrzygającym jest cena. Nadal funkcjonujemy w rzeczywistości, w której nie zwraca się uwagi na detale i wysoką jakość tak bardzo jak na to, żeby inwestycje w ogóle powstały. Oczekiwania się zmieniają: najpierw musisz się napić, bo jak się nie napijesz, to umrzesz, a później się zastanawiasz, czy ta woda jest zdrowa, czy jest dobrej jakości. I my jesteśmy na tym drugim etapie rozwoju, kiedy potrzebne są rzeczy dobrej jakości. To już nie te czasy, gdy sukcesem jest fakt, że coś w ogóle jest. Jeśli na naszym Skwerze Sportów Miejskich na Bemowie podczas oddania, które było spóźnione o kilka miesięcy, jest sto poprawek budowlanych, to jest niedobrze. Podobnie było ze Służewieckim Domem Kultury realizowanym przez WWAA, gdzie relacja z wykonawcą była bardzo trudna.

To jest tak zwany problem polski.
Ja mam nadzieję, że to jest problem transformacji.

Myślę, że tego regionu.
No tak, nadal region jest w transformacji i tego, skąd startujemy.

Ja myślę, że nie ma regionu, który nie jest w transformacji, wszyscy jesteśmy w transformacji, ale nie wchodźmy w tę dyskusję.
Tak, ale Europa Zachodnia jest zbudowana. I to jest naszą siłą i szansą. Przyjeżdżają tutaj ludzie z innych państw i mówią: macie hektary przestrzeni w centrum, jak my wam zazdrościmy. Chętnie zobaczę inne miasto, w którym nie wyburzając czegoś innego, można stworzyć w ścisłym centrum wielkie muzeum sztuki nowoczesnej. To powinno być motorem do promocji Warszawy: fakt, że u nas można zbudować wielofunkcyjne przestrzenie, który będą wykorzystywały wszystkie najnowsze osiągnięcia, nowoczesne wzorce strategii projektowych i materiały. To jest wielka przewaga,
którą ma Warszawa, bo skalą też wybija się ponad inne miasta w Polsce, ale jest to szansa dla wielu miast w Polsce.

Poza Warszawą i innymi dużymi aglomeracjami, ważną przestrzenią są Orliki. Ty stoisz na stanowisku, że Orliki to często jedyna przestrzeń wspólna… Opowiedz o tym, jakie inne funkcje oprócz sportowych spełniają Orliki i po co im standaryzacja, nad którą pracujesz?
No tak, Orlik to często jedyna przestrzeń wspólna oprócz przystanku autobusowego i pewnie schodów przed sklepem. To jest autentycznie wielofunkcyjna przestrzeń publiczna. OK, bez przesady, bywa nią. Bo to bardzo zależy od miejsca i od animatora, który tam pracuje, i od społeczności. Orlików w Polsce jest 2604. Jeśli chodzi o standaryzację, to nie chodzi o to, by wszystko wszędzie było takie samo, przecież tam nie pracują roboty, animator nie jest maszyną, a to on w dużej części kreuje to miejsce. Mnie interesuje zastosowanie pewnego globalnego standardu do lokalnych rzeczywistości – to zjawisko Benjamin Barber nazwał glokalizacją, a jego przykładem jest chociażby „mc kiełbasa”. To jest też pytanie, na jakim etapie rozwoju jesteśmy. Jeśli komunikacja między osobami pracującymi na Orlikach jest ustandaryzowana, oznacza to, że łatwo możemy od nich uzyskać informacje na temat tego, co działa, a co nie. Widzimy, że w skali wielu miejsc działa dana rzecz, więc możemy ją wdrożyć wszędzie. Zasadne jest jednak pytanie o stopień standaryzacji. Tutaj jakimś przykładem są szkoły. Trwa debata, jak bardzo szkoła powinna być ustandaryzowana. Istnieje trend mówiący, że nauczyciele powinni być autonomiczni. Powinni mieć bardzo duży zakres wolności w kształtowaniu podejścia do konkretnej grupy młodzieży i dawać jej narzędzia, a nie rozwiązania.
Albo mówimy: to jest Orlik, oto jego oferta i do widzenia, albo się wam podoba, albo nie podoba. Albo mówimy: to jest orlik, przestrzeń, gdzie pracuje jakaś osoba, której zadaniem jest zrozumienie społeczności lokalnej i zrobienie z nią jak najwięcej ciekawych rzeczy. Ważne, żeby dać animatorowi ustandaryzowane narzędzia wsparcia do zrozumienia swojej pracy, ale nie narzucać mu tego, co on z nimi zrobi. Nasze zadanie więc polega na wytworzeniu narzędzi dla ludzi tam pracujących oraz danie im wolności w używaniu i eksperymentowaniu z nimi. Istotna jest też komunikacja między animatorami, ich sieciowanie, bo w Polsce powstała niezauważona grupa zawodowa: animator orlika, około 5 tysięcy osób. Są poza radarem świadomości społecznej. Słowo animator pojawia się tam bardzo rzadko. Świadomość ludzi jest taka, że to dozorca albo trener.
Trzeba też powiedzieć, że jeśli chodzi o uprawianie sportu, to w naszym społeczeństwie zaszła fundamentalna zmiana. Nagle wszyscy zaczęli się ruszać, np. eksplodowało bieganie, w ogóle cała rekreacja, wychodzenie do parku, przebywanie na powietrzu staje się coraz bardziej powszechne. Pytanie, czy nasze miasta są na to przygotowane, czy istnieje myśl projektowa, która wspiera ten ruch? Chodzi o to, by dopuścić sport do każdej miejskiej przestrzeni. Tak jak skejci mówili kiedyś: całe miasto jest świetnym placem zabaw, tak teraz biegacze mówią: całe miasto jest bieżnią. Im bliżej potencjalnych użytkowników, tym więcej z nich się zdecyduje na wejście w interakcje, to naturalne. Wyzwaniem jest obniżanie bariery wejścia w sport i przyciąganie nowych osób.

Jak ważne jest dla ciebie doświadczenie sportowe z okresu nastoletniego?
Teraz od dłuższego czasu walczę z kontuzjami, ale skejtem się jest na całe życie i nie wyobrażam sobie, żebym chociaż przestał się odpychać na desce. To jest doświadczenie fundamentalne. Szczególnie ważne było dla mnie to, że istnieje coś takiego jak turystyka deskorolkowa. Do Barcelony, Berlina, Pragi, Kopenhagi przyjeżdża po prostu tłum z całego świata tylko po to, by pojeździć na deskorolce. I to są ludzie, którzy przy okazji tworzą gigantyczną ilość treści do internetu, filmy, zdjęcia wykorzystywane w kampaniach reklamowych, do tego te przyjazdy sprzyjają wymianie kulturowej. W Warszawie tej turystyki brakuje.

Najlepszy film promujący Warszawę został zrobiony przez chłopaków jeżdżących na rolkach.
No właśnie i oni zrobili go sami. Rekreacja, ekspresyjne formy ruchu w przestrzeni jak taniec zmieniają postrzeganie przestrzeni, główny plac staje się po prostu sceną do pokazywania umiejętności tworzonych latami. O skejtach myśli się, że to są fajne chłopaki z deskorolkami, zapraszam więc na podstawową lekcję jazdy na deskorolce, która trwa co najmniej pół roku i jest w nią wpisana taka ilość bólu fizycznego, że większość osób odpadnie. Sporty miejskie uczą determinacji i odporności, mówimy często o dyscyplinach, w których rzucasz się na beton z różnych wysokości, robiąc przeróżne ewolucje wymagające bardzo dużej koordynacji. Patrząc szerzej, uprawianie sportu w każdym wieku jest czynnością tak fundamentalnie zmieniającą stan umysłu,
że wszyscy powinni to robić w jakiejkolwiek formie. A naszym zadaniem jako projektantów jest sprawić, by przestrzeń do jego uprawiania była atrakcyjna i dostępna.

Poza wartością dla promocji miast i rywalizacji o inwestycje, badania pokazują, że więcej ludzi umiera na świecie z powodu braku ruchu niż palenia i że mamy teraz pierwsze pokolenie, które przez brak ruchu będzie żyło krócej niż pokolenie jego rodziców, to powinien być czerwony alarm dla każdej osoby zajmującej się projektowaniem przestrzeni miejskich. W Polsce, a szczególnie w Warszawie, mamy szansę wyznaczyć w tym zakresie dobre praktyki i mam nadzieję, że będziemy uczestnikami takiej zmiany.

 

Grzegorz Gądek – współzałożyciel Stowarzyszenia Polska Młodych (obecnie Fundacja Social Wolves), założyciel Skweru Sportów Miejskich – kolektywu projektującego wysokiej jakości przestrzenie publiczne, przyjazne użytkownikom w każdym wieku. Zawodowo projektant user experience,
autor wielu projektów internetowych w obszarze sportu zawodowego i amatorskiego.

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.