Bęc Zmiana

FABRYKA ŻWIRU: USG MIEJSKIEGO ORGANIZMU


<<< fot. Rafał Żwirek

Istotą alchemii jest przemiana. Z rzeczy zwyczajnych, skażonych, brudnych, codziennych, zwykłych powstają rzeczy czyste, inne, lepsze. Z doświadczeń szeroko rozumianego pola sztuki można wyciągnąć podobny wniosek, trochę naiwny, ale jednak istniejący: sztuka też służy przemianie. Cała reszta to mniej lub bardziej trafione teorie, które określają, czemu i komu ta przemiana ma służyć. Im więcej osób angażuje się w przemianę, tym ta przemiana jest pełniejsza – temu służą projekty wspólnotowe, tak definiować można rzeźbę społeczną, sztukę krytyczną, pociągowe graffiti i działania wszystkich moich przyjaciół i ludzi, których bezkrytycznie uwielbiam i szanuje. Czyli właściwie całej ludzkości, z drobnymi wyjątkami. 

Jesień w Warszawie jest dość mdła: szybko robi się ciemno, pijani towarzysze z knajp opowiadają o swoich projektach, syf dookoła i chmury od rana do wieczora. Mity natchnionych / szalonych / nawiedzonych artystów, mity artystów radykalnych / walczących / przekonanych o swoich racjach. Alkohol, dragi, przypadkowość rzeczywistości. Nuda. I wtedy trzeba iść do ludzi, tych zwykłych, z innej niż ja ulepionych gliny, pogadać, zaprzyjaźnić się, pobyć chwilę razem, wygrać kolejną walkę z samotnością – swoją lub cudzą, obudzić się bez kaca, za to z dziecięcą ciekawością świata, z naładowanymi bateriami i chęcią do kolejnej przemiany. Tylko jak, gdzie i z kim, skoro cała ta public space jest już totalnie zawłaszczona – tu galeria, tu fabryka, tu miejsce, w którym trzeba bywać, żeby cię w ogóle rozpoznawali, jeszcze kina, teatry, kultura – trochę rozmyta – ale jednak kultura. Można jeszcze iść nad Wisłę, hen, za Żerań, spotkać paru freaków i wędkarzy. Ale zagadać trudno, bo wszyscy odszczepieńcy i samotnicy, człowiek tylko im przeszkadza. Ja lubię być sam, ale bez przesady – jak długo można się wpatrywać w horyzont i krzaki jakieś na pierwszym planie?

W życiu są momenty, które się pamięta: prawo jazdy, pierwszy ślub, pierwsza amerykańska wiza lub zakaz wjazdu do Izraela. Pieczątki, dokumenty, mandaty, babilońska biurokracja powodująca, że podróżujesz z coraz to większym bagażem – karteczki, rysunki na serwetkach, naklejki, patyczki, zdjęcia w telefonie. Wśród tego całego śmietnika jedna rzecz jest dla mnie ważna – karta do pralni samoobsługowej, 24h, 365 dni w roku. I właściwie to o tym chciałem opowiedzieć. 

Pralnie to miejsca magiczne. Nie dość, że podlegają buddyjskiej regule transformacji umysłu (niedoskonałe – doskonałe) poprzez transformacje relatywnej rzeczywistości (brudne – czyste), to jeszcze są dostępne non stop. Bez medytacji i skomplikowanych technik oddechowych. Jak The Mat na 91 Ulicy albo taka jedna na Brooklynie przy Madison Ave, prowadzona przez panią Li, która nigdy nie śpi. Przychodziliśmy tam zawsze w nocy – w dzień niestety robiliśmy dużo innych rzeczy, dzięki którym jednak można się było pobrudzić i odpowiednio przygotować do wizyty. Pralnie w nocy są jak USG miejskiego organizmu: rzeczy niedostrzegalne gołym okiem zbierają się w jednym miejscu, kotłują wzajemnie, przenikają, ujawniają niespodziewane sensy. Pani Li była z prowincji Kham i choć uważała się za Chinkę, była w rzeczywistości Tybetanką. Zasadniczo nie miałoby to znaczenia – gdyby nie fakt, że pralnia pani Li nocą odróżniała się od pozostałych. W całym pomieszczeniu, wysoko nad pralkami, suszyły się prześcieradła powieszone na sznurkach. Zastanawiało mnie to o tyle, o ile połowę pralni zajmowały automatyczne suszarki, w których rzeczy schły kilka minut. Wybierając tradycyjną metodę suszenia, pani Li jednoznacznie określała swoją kulturową tożsamość, manifestując również w ten sposób tęsknotę za dalekim krajem. Żeby powiesić pranie, pani Li musiała najpierw wspiąć się na pralki i suszarki, następnie sprytnie przeskakując z jednej na drugą, rozstawiała drabinę i wytrenowanym ruchem przerzucała białe płachty przez sznurki. Byliśmy wiernymi widzami jej performansu, przyglądając się temu nie sposób było nie rozmawiać o Kantorze… Każdy ma taką tożsamość, na jaką zasługuje.

Do pralni w jamajskiej dzielnicy zapraszał mnie nieraz mój wierny druh Brian, nowojorski malarz. Brian stosował skomplikowaną metodę układania prania według kolorów – przenikających się lub kontrastujących – nie do końca rozumiałem ten związany z jego profesją proceder. Podobnie jak jamajskie matrony (mężczyźni z Jamajki nie odwiedzają pralni), które za każdym razem przyglądały się temu i w ostatniej chwili interweniowały, instruując go, że ten sposób dobierania kolorów prania nie gwarantuje pełnego sukcesu. Brian za każdym razem cierpliwie tłumaczył, że jest malarzem i kod, który stosuje w pralce, pozwala mu wyżyć się artystycznie i kolorystycznie. W ten sposób działa sztuka!

Pewnego razu w The Mat – mojej ulubionej pralni – udało nam się urządzić Kongres Rysowników. Opierając się o wibrujące korpusy pralek, wszyscy bywalcy – a mimo nocnej pory było ich całkiem sporo – przyłączyli się do wspólnego rysowania. Deliryczne linie rysunków powstały nie z powodu braku alkoholu, ale z fizyczności miejsca, z wibracji właśnie. Kongres skończył się wielkim sukcesem, wspólny obraz, nasycony zapachem proszku, mam do dziś w domu. 

Historie można by mnożyć – pralnie to znakomite miejsca spotkań, wspólnych działań, nieskrępowanej ekspresji – znaczna część naszych projektów, które udało się później zrealizować, powstała przy cichym, aprobującym pomruku piorących robotów. 

***

Wszyscy wiemy, czym grozi zbliżająca się jesień, dlatego proszę – nie otwierajcie już więcej galerii i barów z hamburgerami. Otwórzcie choć jedną, całodobową pralnię samoobsługową! Będziemy tam przychodzić nawet wtedy, gdy nie będziemy mieli nic do prania.

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.