Bęc Zmiana

BYŁBYM WYNALAZCĄ


<<< Robert Kuśmirowski, Stronghold, Biennale de Lyon, 2001

Dopiero poprzez łączenie prywatnego doświadczenia, z wiedzą z szeroko pojętej nauki oraz z umiejętnościami technicznych wyłania się typ artysty-alchemika. Artysta musi być właśnie jak alchemik – łączyć wszystko i tworzyć coś więcej niż rzecz tradycyjną.  W jego działaniu  musi być zawarty też ten rodzaj komunikatu międzyludzkiego. Praca artystyczna, to nie mogą być wakacje. Trzeba mieć w sobie ten rys maniakalny, a nie tak zwany przygodowy, wakacyjny czy terapeutyczny – tłumaczy Aleksandrze Hirszfeld Robert Kuśmirowski

 

Przeglądając artykuły na twój temat zastanowiło mnie kilka kwestii. Przede wszystkim kwestia pewnej etykiety, która przywarła do twojej twórczej postaci. Zostałeś nazwany „fałszerzem i manipulatorem rzeczywistości”. Znając jednak twoje prace i też odnosząc się do twoich wypowiedzi, dochodzę do wniosku, że to fałszowanie czy imitowanie nawet jeśli gdzieś się pojawia, to jest to sprawa czysto marginalna. Imitacja u Ciebie nie jest celem samym w sobie. W Twoich pracach przecież nie chodzi ani o to, by oszukiwać odbiorcę ani by zwrócić dobitną uwagę na oryginał. Bardziej chodzi tutaj o zbudowanie światów możliwych, alternatywnych. Czyli z mojego punktu widzenia chodziło by tu o przełamanie pewnej hierarchii pomiędzy pierwotnym a wtórnym, gdzie kategoria pierwowzoru czy też kopii przestaje mieć już tak naprawdę znaczenie. Istotne jest to, co wytwarzasz, czyli jakiś twój własny świat, twoja własna prawda w oparciu o zastany wcześniej materiał.

Dobry trop. Rzeczywiście w tych błotnych terenach informacyjnych jest mnóstwo wiadomości czy etykiet, które zostały wymyślone przez dziennikarzy, łącznie z jakimiś „geniuszami atrapy”.  To są określenia, których nigdy nie podałem, których nie mogę kontrolować i których kontrolować nie mam prawa. Ta sama kwestia tyczy się fałszerstwa. Sztuka w pewnym sensie polega na zafałszowaniu pewnych tropów, czy podejmowanych decyzji – to rzecz jasna – ale rzeczywiście w mojej pracy dużo bardziej chodzi o pewien akt prawdy i szczerości. Celem jest tu prawda i szczerość ufundowana na pracy fizycznej i technicznej, która tworzy tę dodatkową wartość w postaci sztuki. Namacalna praca musi się dokonać, musi się odbyć. Nie ma mowy o oszustwie, a zwłaszcza o oszukiwaniu samego siebie. By zrealizować taką wystawę jak tu w Warszawie[1] czy też w Katowicach[2] trzeba przysiąść co najmniej z rok, by ją przygotować. Obserwuje wielu artystów, którzy właśnie przede wszystkim siebie oszukują najbardziej, bo z ich planowanej pracy wychodzi im w efekcie 15-20%. Dla mnie bardzo istotne jest, by przeprowadzić plan działania zgodnie z zamiarem, i walczę o to, by mieć ten czas na zbudowanie pracy tak, jak ją sobie wyobraziłem oraz na tak zwane niespodzianki, które wychodzą w trakcie dłuższego posiedzenia, zmęczenia. Dopiero w trakcie szczerej pracy pojawia się coś takiego jak trans i improwizacja i np. pojawiają się decyzje, że trzeba coś zmienić, poszukać alternatywnego rozwiązania. Nie wymyśliłbym wielu swoich ruchów nigdy, gdybym nie miał możliwości przebywania w przestrzeni, w której ma powstać dana praca.

 

A co sądzisz w ogóle o kategorii oryginalności w sztuce? O relacji miedzy kopią a oryginałem? Czy nie jest tak, że kategoria oryginalności względem kopii się nieco już zdewaluowała?

Dokładnie, obecnie jestem drugi rok po napisaniu i obronieniu doktoratu, który był taką szpilą trochę w środowisko akademickie. Mój tytuł pracy brzmiał: Wyższość kopii wobec oryginału. Oj, jeśli chodzi o te kategorie, to moglibyśmy tu bardzo dużo czasu poświęcić na tę rozmowę...

 

No dobrze, ale zastanawiam się, czy zasadne jest tak naprawdę żonglowanie tymi dwoma pojęciami w kontekście twoich prac, czy nie należałoby właśnie znaleźć takiej trzeciej formy, bo kopia zakłada już istnienie oryginału i relacje do niej. A ja mam poczucie, ze ty próbujesz wybrnąć z tego jeszcze w zupełnie inny sposób, w kierunku jeszcze innej formuły, że tak naprawdę ani kopia ani oryginał cię w ogóle nie obchodzi.

Tak, tak. Mnie nie obchodzi ani jedna ani druga sprawa. Chodzi mi o czysty moment, super kreacyjny, by nie był zaburzony i nie był zamącony jakimiś zewnętrznymi czynnikami. Wszyscy, którzy kończą ASP myślą że są oryginałami i to jest rzecz później nie do przeskoczenia i mocno problematyczna.  W moim przypadku pojęcie „kopia” i „oryginał” musiało powstać w celu tytułowania pewnych przypadków. Mówiąc, że widziałem coś, co jest „oryginalne”, mam tak naprawdę na myśli „rzadko występujące”.  Moim zdaniem to lepszy zamiennik:  „oryginalne” czyli „dawno już nie widziane”. Nigdy nie powinno to znaczyć dziewicze, z innego wszechświata. Wszystko, co powstaje wynika z jednej wielkiej reakcji łańcuchowej. Kolejna rzecz następuje zawsze i jest zależna od drugiej. Odnosząc się jeszcze do tego szumu informacyjnego na mój temat, myślę, że czasem mi to służy. Każda taka informacja to wirus. A pojęcie wirusa jest mi dużo bliższe niż pojęcie kopii. Kopiowanie pojawia się bardziej wtedy, gdy chce mieć coś, czego nie mogę sobie kupić albo tego nie ma już w obiegu i wtedy muszę to zrobić w oparciu o wiedzę o rzeczy czy o sytuacji.  Kopiowanie jest bardziej narzędziem, czy formułą pracy, która wiąże się też z wcześniej wspomnianą szczerością i wysiłkiem fizycznym. Muszę się często mocno napracować, by osiągnąć wymarzony rezultat. Daje mi to jednak ogromną satysfakcję i wychodzi mi to na dobre, bo jestem cały czas nakręcony. Widzę też podobne stany u muzyków, którzy komponują, którzy wymyślają świat dźwiękowy. To wszystko powoduje, że oni są młodsi od rówieśników, znacznie dłużej się starzeją. 

 

Ty też się mniej starzejesz?

Na pewno się jakoś tam starzeje, choć gdybym się ogolił to wyglądałbym jak zaraz po studiach. Może w to ciężko uwierzyć, ale to jest prawda, bo dwa razy coś takiego zrobiłem.

 

Czy to jest twoja odpowiedz na długą młodość – twórczość?

Nie da się do końca zachować młodości, ale to jest świetne, że tak człowiek ma możliwość latania, fruwania naprawdę w tej wyobraźni i rzadko, kiedy uderza o ten asfalt. Każdemu bym życzył, by miał takie stany wrażeniowe. Ten rodzaj haju. To pozwala się wolniej starzeć. U mnie dodatkowo jest to podszyte  wspomnianą już ciężką  pracą fizyczną,  a czasami wręcz budowlaną. Ale do wielu spraw nie byłoby możliwe dotrzeć bez tego wysiłku. To sprawia wieczną edukację dla mnie, to że mogę sam wszystko po kolei wykonać.

 

To, co bardzo charakterystyczne dla twojej pracy twórczej to również potrzeba zanurzenia się w pamięć przestrzeni, w której pracujesz czy w ogóle w historię danego obiektu, stanu rzeczy czy miejsca. Czym jest historia dla Ciebie?

Odpowiem ci, nawiązując do wcześniej już pojawiającego się wątku muzycznego. Gdybym ja na przykład był muzykiem i ktoś by do mnie krzyknął:  „O! Pan muzyk. Niech pan coś zagra”, byłbym bardzo smutny. Najlepiej jest, jak ten muzyk sam zagra wtedy, kiedy ma taką potrzebę i najlepiej z pewną wiedzą na temat wcześniej powstałych utworów muzycznych. Dopiero wtedy taki muzyk z tą wiedzą powoli zaczyna mutować, permutować do swojej potrzeby. Ja mam coś takiego w wizualizacjach. Płakałbym, gdybym robił wystawę bez zanurzenia się w historię danego mi miejsca. Przebywając w zaproszonej przestrzeni po raz pierwszy, mogę oczywiście pozostać przy pierwszym wrażeniowym pomyśle. Lepiej jednak trochę powęszyć, pozaglądać i poczytać o miejscu, być może okaże się, że przed laty było tu więzienie albo doszło tu do dziwnych zdarzeń, które mogłyby być bardziej atrakcyjne, i przyjemniejsze do wynurzeń artystycznych i przekazów społecznych. Zawsze grzebię w historii danego miejsca.

  <<< Robert Kuśmirowski, Swimmingpool, Migros Museum w Zurichu, 2006

Ale czym jest ten wątek historyczny dla ciebie? Dlaczego interesuje Cię to, że tu mogłoby być więzienie?

A nie chciałabyś wiedzieć, kim są twoi rodzice? Chciałabyś wiedzieć, prawda? To jest taka wewnętrzna, emocjonalna potrzeba informacyjna.

 

No tak, ale ta przestrzeń nie jest z tobą związana.

Ale jestem w niej już długo i chciałbym się coś o niej więcej dowiedzieć. Poznać ją, tak jak poznaje się historie bliskich. Takie zwykłe podstawowe rzeczy. Ludzie się dzisiaj tak spieszą. Niczego nie przeczytają. Gdyby choć trochę zagrzebali się w tę historię. Tu nie chodzi o pamięć. Tu chodzi o korzenie, o historię. Wszystko byłoby wtedy jaśniej, poczciwiej i bardziej fachowo. Wracając do informacji na mój temat – ludzie naprawdę głupoty wypisują. Ale tak jak mówię, nie będę z tym walczył. Obserwuje, śmieje się i trochę z tym gram. To dziennikarstwo to czysta kombinatoryka w polskim wydaniu. Do tego potrzebny jest specjalny typ osobowościowy,  gdzie człowiek potrafi sobie zrobić ze złomu np. maszynę, która będzie mu kosiła. Ale to jest możliwe tylko wtedy, gdy ma się świadomość, jaką wagę ma wiedza. Sam taki trochę jestem. Pamiętam, że będąc w jakimś hotelu  naprawiłem w  nim coś, co było zepsute, ale zgłosiłem też tę usterkę. Przyszedł facet, który mnie nigdy nie widział, i mówi: „Pan chyba jest z Polski?”; „Tak, rzeczywiście jestem z Polski – odpowiadam –  A po czym pan poznał?”; „Bo takich zastosowań nigdzie nie widuje, a dwa razy już u Polaków tak.” Dlatego mówię, że wątek wynalazczy w każdym fachu powinien być silnie obecny i każdy naukowiec, dziennikarz,  jeśli ma w dupie to, co się wcześniej wydarzało, to nic nie jest w stanie wymyślić, zinterpretować. Dziś nie ma mowy żeby być odciętym od tego, co było w przeszłości. Przynajmniej dla kogoś, kto szczerze podchodzi do tematu. Oczywiście bez zagłębiania się w kontekst zawsze coś wyjdzie, na przykład wspaniałe kolorowe obrazki. Tylko, że nie o to chyba chodzi. Chodzi o rzetelność, o prawdziwe potraktowanie tematu. Dlatego dla mnie niezmiernie istotne jest, by poznać miejsce, w którym pracuję. Czuję, że wizyta staje się spełniona. Podwójnie. Skoro tu przyjechałem i tu jestem, to znaczy ze zrobiłem dobrze nie tylko publice, by mogli zobaczyć wystawę, ale dogłaskałem też swoje potrzeby.

 

W Projekcie Träumgutstraße , który otwierasz w Salonie Akademii w Warszawie, zajmujesz się czymś, co nazywasz psychoarchitekturą budynku. Sformułowanie to zdradza twoje uważne podejście do każdego miejsca, z którym obcujesz, o którym przed chwilą wspominałeś. Tak jakbyś za wszelką cenę chciał przejść z poziomu oglądu powierzchni do poziomu głębin, jakbyś chciał dokonać imersji i połączyć się z daną przestrzenią. Zaprzyjaźnić się z nią. Jaki wątek, jaka historia kryje się za tym budynkiem?

Nie miej mi za złe, ale najprzyjemniejszym odkryciem, wyczuwanym przez cały czas stawiania wystawy jest rozpad i nieustająca nauka budowania ruiny, gdzie nikt jeszcze takiej szkoły nie wymyślił, jak robić i co zrobić by stworzyć ruinę. Przyjemnie tak błądzić w przekonaniu, że to się uda, tak jak niewiedza dla mnie stawiała najwięcej zagadek pytań. Moment smutny pojawia się w chwili nadejścia wiedzy i czar pryska. Dobrze zanurzyć się w pracy, której nie wykonywało się wcześniej, bo stawia ona najwięcej pytań, a sam stan ruiny powoduje, że znajdujemy się w jego najlepszym momencie, by móc odczytać co mogło być wcześniej, a co dopiero się zdarzy w tym miejscu i z tym miejscem.

 

Prócz historii miejsca czy historii przedmiotu sam obiekt czy fizyczny przedmiot jest również bardzo istotny w twoich pracach. Nie wiem czy to dobry trop,  ale mam poczucie, że to jest twoja próba odpowiedzi na potrzebę recyclingu.  Wiadomo, że świat jest zalewany przez przedmioty. Generalnie przestajemy sobie z tym radzić. Ty jako artysta na swój sposób usiłujesz poradzić sobie z tym tematem nadmiaru przedmiotów w świecie.

To prawda. Jestem takim durszlakiem. Chodzi o to, by cedzić te wszystkie przedmioty raz jeszcze. Ratować te, które nie przeszły przez ten zbiór otworów jako totalny odpad i nadają się jeszcze do powtórnego użytku. Codziennie jest tak dużo rzeczy wyrzucanych, tyle tysięcy książek palonych, niszczonych, bo zalegają w dużej ilości na półkach o tym samym tytule i autorze.

 

To taka ogromna troska o przedmiot...

Wiem ile kosztowało ludzi, by to zbudować, by to ustanowić. Do tego są potrzebne ogromne i masowe, a nie pojedyncze siły. Dodatkowo finanse w dużych nakładach idą przecież na to wszystko.  Na przykład: ile energii ludzkiej i materialnej poszło na fabrykę, która produkowała czekoladki? Teraz to wszystko do Chin w częściach wywożą. Kto ma jeszcze jakiś magazyn, to część tej pracy odzyska. Ja sam kupiłem piece hartownicze za 100 złotych... brakuje życia ludzkiego i przestrzeni wokół tego życia, które by to, co cenne uchowało. Mogę ratować tylko, to co widzę i słyszę. A ile jest przedmiotów zaraz za rogiem i jeszcze dalej 10 metrów? Podobnie Lubelska Izba Druku w ten sposób pozyskała bardzo cenne maszyny, które chodzą, z których można jeszcze robić plakaty w starym stylu z szablonami, klocuszkami, literkami. Dla jakiegoś Zenka mógłby to być pakiet śmieci, które trzeba sprzątnąć, bo ktoś tu chce tę przestrzeń wynająć. W Niemczech jest taki człowiek o dźwięcznym imieniu Borys, który współpracuje z Kunsthalle, Kunstferein i innymi instytucjami. Człowiek ten jest tak zwaną złotą rączką. I jak artysta przychodzi i mówi, że ma pomysł, ale nie wie, jak to zrobić, to dzwonią do tego Borysa i on wtedy to ogarnia, bo ma mnóstwo rzeczy uratowanych. Jak umierają starsze osoby komuś z rodziny to ta osoba też dzwoni do Borysa i mówi, że nie jest w stanie tego sama wyrzucić i czy Borys by nie pomógł. Wtedy Borys przyjeżdża i pyta się gdzie to przewieźć. Nie ma gdzie. Bo nikt już tego nie potrzebuje. On wtedy zabiera, co cenne i robi z tego drogocenne hybrydy. Podobnie jest ze mną. Mam te swoje 4 magazyny. Niektóre nawet od 12 lat trzymam, bo wiem, że jeśli nawet nie będę chciał użyć danego mechanizmu, przedmiotu to ta część jakby fasadowa tylko wizualna może mi się przydać do wystawy czy do czegoś, co będę próbował sobie ułożyć, bo po prostu ładnie wygląda. Poniekąd ta tężnia, nad którą teraz pracuje jest takim zwieńczeniem moich zbiorów magazynowych. Już nie chce by te przedmioty tylko czekały, chce je pokazać publiczności. Za każdym razem, jak wchodzę do magazynu dostaje takiej gęsiej skórki... A to oznacza: wróć! Zanim wchodzę mam takie przeczucie, Jezu...te magazyny...znowu trzeba otworzyć, światło zapalić...Po co ja je w ogóle mam? Ale jak już wejdę, natychmiast to pytanie ginie i pojawia się poczucie, jak dobrze że one są. Ten nagromadzony tłum przedmiotów jest niesamowity.

 

No właśnie, porozmawiajmy chwile o Tężni Sztuki, pracy którą pokazujesz w Katowicach na Placu Artystów. Na czym polega cały pomysł?

Tężnia jest zbudowana z konstrukcji  opartej na przedmiotach. Zamiast słomy i gałązek, które są w klasycznej tężni będą właśnie te przedmioty z moich magazynów poupychane na 4 rzędach półek  o długości dwudziestu metrów. Razem przedmioty te będą tworzyć sześciometrowy słup imitujący  rodzaj biblioteki. Końcówka będzie zbudowana w postaci rampy, będą światła i tylko wąski tunel dla osób wchodzących i wychodzących czyli tak, by dwa tory komunikacji ludzkiej można było tam zmieścić. Ciężar zbudowany z przedmiotów oraz dodatkowe stopy, mają sprawić, by ta konstrukcja nie dostała jakiegoś wiatru w plecy i nie położyła się na tym placu. Swoją formą ma przypominać nieco tężnię w Ciechocinku.

 

Czy wytworzenie mikroklimatu, który towarzyszy zazwyczaj tężniom ma na celu uzdrowić nasze zmyły...w kontakcie z przedmiotami? Czy celem jest zupełnie co innego?

Uzdrowić i uduchowić naszą wzroczność! Uczulić nas na przedmioty, których się pozbywamy, które omijamy, jak leżą przy drodze i które często niszczymy. To swoisty powrót do szkoły choć dopiero 5 września.

 

Czy przypisałbyś jakąś szczególną rolę artyście współcześnie?

Nie. To jest sprawa prywatna, indywidualna. Dla mnie osobiście artysta to taka jednostka myśląca, która dokonuje pewnej rewolucji, lekkich przeskoków albo bardzo dużych przeskoków za pomocą użycia niekonwencjonalnych środków, które nie wynikają z jednej dyscypliny. Dopiero poprzez łączenie prywatnego doświadczenia, jakieś wiedzy z szeroko pojętej nauki, umiejętności technicznych wyłania się typ artysty-alchemika. Tak jak kiedyś mówiono  o alchemikach, jako o tych chemikach, którzy robią rzeczy ponad. Artysta musi być właśnie jak ten alchemik – łączyć wszystko i tworzyć coś więcej niż rzecz tradycyjną.  W jego działaniu  musi być zawarty też ten rodzaj komunikatu międzyludzkiego.  Jeśli na przykład dany obraz do nikogo nie przemówi w sposób wyraźny, to wtedy ciężko mówić, że namalował go artysta, wtedy jest to bardziej praca  własna i malarza. Ciężko jest też oczywiście powiedzieć, gdzie dokładnie ta granica występuje. W każdym razie praca artystyczna, to nie mogą być wakacje. Trzeba mieć w sobie ten rys maniakalny, a nie tak zwany przygodowy, wakacyjny czy terapeutyczny.

 

 <<< Robert Kuśmirowski, Pain Thing, Summerhall w Edynburgu, 2012

Kim jest dla Ciebie odbiorca?
Kimś bardzo istotnym. Gdybym nie brał go pod uwagę, siedziałbym w domu i nie musiał nic robić. Odbiorca to jest przyszły lekarz mojej percepcji wzrokowej. Mam nadzieję, że poprzez moje wystawy w przyszłości doczekam się wystaw, które mnie w jakiś sposób też dotkną, bo może dzięki moim wystawom ktoś załapie jakiś filtr, który potem sam porozwija i pouzupełnia i będzie to stanowiło dla mnie i innych kolejną pożywkę widokową.

 

W twoich działaniach mocno akcentujesz aspekt procesualności. Ciągle coś robisz. Właściwie można by  powiedzieć, że jesteś „działaniem”.

To wynika z doświadczeń i obserwacji, które wyniosłem z domu. Moi rodzice tak się zakręcają w ciągu dnia, że nie potrafią usiedzieć w miejscu. Mają jakiś plan, a najlepiej jak jest długofalowy, to wtedy jakby taka pełnia umysłu się pojawia, że jest sens życia, że mamy jeszcze coś do zrobienia.

 

Czy to  właśnie działanie, procesualność osadza Cię jakoś w życiu?

Zdecydowanie. Miałem taki pomysł, że może bym przestał na trochę, zrobił sobie wolne, odpoczął. Ale to się nie uda. Jedynie mógłbym zająć się czymś innym. Kreci mnie, by wrócić  do muzyki, kręci mnie, by zaczepić się wokół rzeczy czysto naukowych, na przykład  poświęcić 15 lat na badania, przeprowadzać je, wykreślać wyniki, znaleźć np. antidotum na jakieś bakterie. Praca naukowa jest takim działaniem opartym na wnikliwości. Musisz się dowiedzieć o wszystkim, co było i spróbować przewidzieć, co może być w przyszłości. Podobnie  odbieram moje zobowiązanie wobec sztuki. Tutaj też wnikliwość i badanie jest konieczne. Wyobraźmy sobie, że naukowiec przyszedłby do laboratorium i domyślał się, co ma zrobić bez wiedzy o tym, co ludzie wcześniej przez x lat w tym polu zdziałali i jakie badania przeprowadzali. Byłby laikiem, durniem, błaznem. Sztuka współczesna też tak potrafi wyglądać i często wygląda, a mnie się na wymioty zbiera, jak czasami idę na wystawę i czuję, że z jakichś przyczyn ktoś robi sobie jaja z odbiorców ćwiartkową propozycją. 

 

A gdybyś miał za zadanie zgłębić historie Roberta Kuśmirowskiego i zrobić kopię historii samego siebie, ale w innej wersji, wersji ze świata możliwego, to kim byłby Robert Kuśmirowski?

Hmmm....

 

No trochę już odpowiedziałeś na to pytanie, chyba naukowcem, tak?

No może bardziej wynalazcą. To byłoby takie największe spełnienie. Dawniej wynalazca musiał budować prototypy, sprawdzać, czy działają, mało tego, często ginąc przy tym!

 

Chciałbyś zginąć przy pracy (śmiech)?

Nie, ale to uświadamia, że to jest ryzykanctwo. Rodzaj wyzwania, to jest pójście na wojenkę.  Myślę, że najszybciej można byłoby zrobić wystawę ześwirowanego naukowca-wynalazcy,  którego wynalazki byłyby przydatne, byłyby w użyciu; coś w tym duchu. I już widzę, że zaraz dziennikarze, by mi przypitolili nową etykietkę, Kuśmirowski jako nowy Leonardo da Vinci...

 

Spoko, mogę dać taki tytuł (śmiech)

No nie...ja już przewiduję, co mogłoby się pojawić w prasie, bo wiesz, jak człowiek powie, że chciałby być wynalazcą, to trochę sam się prosi o taki hit...


Robert Kuśmirowski (ur. 1973) – performer, autor instalacji, obiektów, fotografii, rysunków. Ukończył Wydział Artystyczny Instytutu Sztuk Pięknych na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. Większość jego prac oparta jest na rekonstrukcji i kopiowaniu starych przedmiotów, dokumentów, fotografii, a raczej tworzeniu ich łudząco podobnych imitacji. Zazwyczaj nie mają one swego określonego pierwowzoru, a jedynie przywołują kulturę materialną pewnej epoki. Związany z Fundacją Galerii Foksal w Warszawie, Johnen Galerie w Berlinie, Guido Costa Projects w Turynie. Mieszka i pracuje w Lublinie. Od 2007 roku zatrudniony na macierzystej uczelni Instytutu Sztuki Pięknych WA UMCS w Lublinie, Zakład Intermiediów.



[1] Träumgutstraße. Salon Akademii. Wernisaż 5 września 2014

[2] Tężnia Sztuki. Plac Artystów. 10 września 2014

Korzystając z serwisu internetowego Fundacji Bęc Zmiana wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Pliki cookie możesz zablokować za pomocą opcji dostępnych w przeglądarce internetowej. Aby dowiedzieć się więcej, kliknij tutaj.